Można by powiedzieć, że moja rodzina cierpi na manię chomikowania

Można by powiedzieć, że moja rodzina cierpi na manię chomikowania. Można – bo to prawda.

Kiedy moja babcia wyprowadziła się z domu, w którym mieszkała z dziadkiem przez ponad trzydzieści lat, w jej spiżarce znaleźliśmy puszki z jedzeniem pochodzące z państw, które już nie istnieją.

Były tam maliny z Jugosławii i parówki z Czechosłowacji. Była też mąka przechowywana od czasów, kiedy wydawano ją na kartki, a także butelka szampana kupiona na chrzciny syna, który osiągnął tymczasem wiek średni. Krótko mówiąc, było to bardziej archiwum niż spiżarka – tyle że zawalone artykułami spożywczymi.

Moja babcia uwielbiała polować na okazje i, nie bacząc na opłacalność zakupu, zawsze brała w sklepie na przykład czternaście opakowań chrupek, by piętnaste dostać gratis. Połówki brzoskwiń w syropie kupowała wręcz hurtowo, a mikserów miała więcej niż ja romansów przez całe życie. Wspomnienie spiżarki – nieogrzewanego pomieszczenia obok kuchni, które skrywało przerażającą bestię nazywaną „zamrażarką”, stół do mięsa, kosz na sery i taką ilość ciasteczek dla psów, że można by nimi ujarzmić smoka – każe mi się zastanawiać, czy sporej części dzieciństwa nie spędziłam halucynując.

Wydaje się czymś nierzeczywistym, by ta energiczna kobieta spod Londynu naprawdę miała własny saturator. Nie sposób uwierzyć, by u powały mogły u niej niekiedy wisieć martwe ptaki. Wygląda na nieprawdopodobne, by ta podpora lokalnej wspólnoty, z pasem wyszczuplającym pod spódnicą, mogła być w posiadaniu choćby jednej butelki napoju alkoholowego Taboo. A przecież pamiętam to wszystko wyraźnie.

Pamiętam też dzień, w którym za sprawą spiżarki przysięgłam sobie, że nigdy nie będę trzymać niczego nieożywionego dłużej niż rok. Tego dnia opróżniliśmy zamrażarkę. Miałam wtedy jakieś dziesięć lat, ale mocno mi się wryło w pamięć, jak wyciągamy stamtąd rzeczy pochodzące chyba jeszcze z epoki jurajskiej. Worki z grochem, pudełka z domowej roboty lodami malinowymi, mrożone naleśniki, które pewnego razu bez powodzenia próbowałyśmy razem z siostrą podgrzać na parze, połcie jagnięciny i bloki czegoś, co kiedyś mogło być mięsem na gulasz... Na samym dnie matka znalazła niewielkiego ludzika z pomarańczy, który miał nawet rzęsy i obandażowane stopy.

Uświadomiłam sobie wówczas, co może się zdarzyć, kiedy ma się dość miejsca, dość czasu i nikogo, kto by zaprotestował. Przysięgłam sobie, że będę kupować tylko tyle, ile jestem w stanie zjeść w ciągu tygodnia. Oczywiście nie studiuję terminów przydatności do spożycia, bo to bez sensu. Nie chciałam tylko kiedykolwiek być zmuszona zastanawiać się, w której właściwie dekadzie ta nadrukowana data starła się z opakowania ciasteczek.

A jednak.

Przy ostatniej przeprowadzce natknęłam się na paczkę suszonego falafelu, którą dostałam jeszcze na trzecim roku studiów. Zawstydziłam się, odkrywszy puszkę słodkiej kukurydzy, którą kupiłam na parapetówkę z pizzą. W 2006 roku. Znalazłam też baton miętowy Kendal, zakupiony w przypływie nostalgii za Pojezierzem podczas sesji zdjęciowej do pierwszej płyty Wild Beasts w 2008 roku. A za nim leżało opakowanie nieprażonej kukurydzy, które pojawiło się w moim życiu, gdy miałam dwadzieścia dwa lata.

Z genami można próbować walczyć. Można zamieszkać w kawalerce tak ciasnej, że z kanapy da się odkręcić kurek w łazience. Można kupować jedzenie codziennie – tylko tyle, ile się zmieści na jednej półce we wspólnej lodówce.

Ale wiem, że koniec końców zawsze wyjdzie ze mnie wnuczka mojej babci. A jeśli ma to oznaczać, że będę gdzieś trzymać puszkę fasoli z byłej republiki Konga, trudno.

Autor: @NellFrizzell