Trzy lata na dworze Króla Szczurów

Latem 2006 roku wraz z czwórką znajomych wprowadziliśmy się do domu w południowym Londynie. Reprezentowaliśmy różne zawody: pisarz, komik, aktor, nauczyciel, urzędnik. Zupełnie jak w serialu „This Life”, tyle że bez tak wielkich komplikacji erotycznych, mniej efektownie na polu zawodowym i z plagą szczurów.

Hałasy zaczęły się wkrótce po tym, jak tam zamieszkaliśmy. Z początku ograniczały się do cichego skrobania w ścianach słyszalnego tylko wieczorami. Później było to coraz wyraźniejsze chrobotanie za listwami przypodłogowymi w kuchni. Wszystko dawało się znieść, dopóki paru z nas nie wypłoszyło z łazienki energiczne szuranie w te i we wte gdzieś pod wanną i muszlą klozetową. To prawda, że można oszaleć od zapachu kadzidełek albo szmirowatej muzyki, ale spróbujcie się odprężyć, kiedy w pobliżu obnażonego tyłka gryzonie tańczą wam paso doble.

 

Dlaczego się nie wyprowadziliśmy? Złożyło się na to kilka czynników. Czynsz był bardzo niski, a my byliśmy zapracowanymi i raczej ubogimi młodymi profesjonalistami, którzy znaleźli w Londynie swój pierwszy dom. Szczury biegały tylko w ścianach, więc powtarzaliśmy sobie, że one mają swoją przestrzeń, a my swoją. No i nie chciało nam się szukać nowego lokum – co z perspektywy czasu wydaje się główną przyczyną. Dopóki wszyscy respektowali te nieprzekraczalne granice, dawało się żyć. „Trzeba się przyzwyczaić” – tłumaczyłem moim rodzicom, na co oni sugerowali, żebym bardzo starannie mył ręce.

Stopniowo to nasze „This Life” coraz bardziej zaczynało przypominać „Manię chomikowania”. W każdym programie cofamy się w czasie o dwa, pięć, dziesięć lat, kiedy to jeszcze można było odwrócić trend i zażegnać kryzys. Zawsze był taki moment, w którym bohater mógł sobie po prostu powiedzieć: „Dziś już nie kupię następnych dwudziestu przecenionych lalek” albo: „Od teraz będę już korzystał z kanalizacji i siusiał do kartonów po mleku tylko w wyjątkowych sytuacjach”. Oczywiście ów punkt krytyczny widać wyłącznie (a i to niewyraźnie) z perspektywy tego, co stało się później. Przecież ekipa filmowa nie pojawiłaby się tam, gdyby pod materacem nie zaczęło się rozkładać na wpół zmumifikowane truchło kota. Ja też nie dzieliłbym się teraz wspomnieniami, gdyby szczury nie wylazły z tych cholernych ścian.

Usiłując coś z nimi zrobić, wezwaliśmy ekipę deratyzacyjną, która wyłożyła trutkę w ciemnym schowku koło tylnych drzwi. To tylko pogorszyło sprawę. Kiedy otruty szczur ginie w niedostępnym miejscu pod podłogą albo w ścianie, zaczyna się tam rozkładać i cuchnąć. Ileż razy można powiedzieć dziewczynie: „Chodźmy lepiej do ciebie. U mnie capi zdechłym szczurem”? A kiedy nawet smród się rozwieje, wciąż pozostają muchy. Po domu bezustannie krążyło ich kilkadziesiąt – tłustych, zielonkawych, które raz po raz przysiadały na firankach.

 

Później mieliśmy odkryć, że trutka działa na skończoną liczbę przeciwników, natomiast kiepsko się sprawdza, gdy odradzają się oni bez końca. Jeśli wciąż przybywają posiłki, każdy otruty szczur staje się kuszącym, toksycznym kąskiem dla swoich dawnych znajomków. Pewnego razu po otwarciu schowka zobaczyłem tam leżące w idealnym rzędzie zwłoki gryzoni, z których każdy kolejny padł w trakcie zjadania poprzedniego. Po kilku takich cyklach uznaliśmy, że zostawimy szczury w spokoju, nie będziemy już sobie wchodzić w drogę, a one za to przestaną się rozmnażać jak szalone.

To łagodzenie napięć nie trwało długo. Wchodząc któregoś dnia do kuchni, zobaczyłem, jak maleńki szczur znika w szczelinie między panelami w kącie. Wreszcie znalazły drogę do środka. Spryciarze. Zaczęła się więc nowa faza, kiedy to coraz częściej natykaliśmy się na nie bezpośrednio w domu. Ich bladoszare ogony śmigały nam tylko, gdy chowały się za rogiem. A potem szczury zrobiły się jeszcze bardziej wojownicze i, zapalając światło po powrocie z pubu, mieliśmy wrażenie, jakby na nas wręcz czekały. Kiedy w szufladzie na sztućce pojawiły się ich odchody, wyglądało to na zemstę. Teraz to szczury zaogniały konflikt. Do diabła, one nas prowokowały.

 

Kupiłem w internecie elektroniczne urządzenie odstraszające gryzonie, którego skuteczność producent „gwarantował”. Wyglądało jak ładowarka z lat osiemdziesiątych i po wetknięciu do gniazdka idiotycznie mrugało. Podejrzewam, że gdybym je rozkręcił, w środku znalazłbym pojedynczą diodę LED i karty z pokemonami. Równie dobrze moglibyśmy rozwiesić w oknach indiańskie amulety, narysować kredą pentagramy wokół szafek na żywność albo zakładać na głowę piramidki z cynfolii.

Szczury wciąż z nas drwiły, znacząc odchodami wszystko i wszędzie. Właśnie wtedy zaczęliśmy je nazywać zbiorowo Królem Szczurów, w nawiązaniu do średniowiecznej legendy o gigantycznej szczurzej kuli. W jakiś sposób łatwiej nam było widzieć w nich pojedynczego, złego i inteligentego przeciwnika. Król Szczurów zamieszkał na stałe w naszej części domu, urządzając sobie dwór w monstrualnej stercie gier planszowych z lat osiemdziesiątych i przecenionych kaset VHS z filmowym chłamem. Zdołał nawet przegryźć pudełko z telewizyjnym quizem z 1985 roku, w którym zapaskudził pytania na temat sitcomu „Oh No, it's Selwyn Froggitt!”.

Znów wezwaliśmy ekipę deratyzacyjną, w rozpaczliwej nadziei, że ten nalot podkopie morale wroga. Patrzyłem, jak stażysta wyczołguje się z niesmakiem ze schowka uściełanego szczurzymi trupami, klnąc i stękając, by w końcu z krzykiem wyrzucić przez otwarte okno zdechłą mysz, która nieoczekiwanie również się tam zabłąkała. „Chyba się nie nadaję do tej roboty, jeśli mam być szczery” – westchnął potem nad herbatą.

 

Kilka tygodni później niemal dosłownie się potknąłem o szczura wielkości kalosza w rozmiarze XXL, który zapadł na cukrzycową śpiączkę, otoczony na wpół zjedzonymi herbatnikami ze splądrowanej szuflady. Podniosłem go, pochlipując żałośnie, otwarłem tylne drzwi i cisnąłem go pod krzaki. Już następnego dnia jeden z moich współtowarzyszy w niedoli przysłał mi zdjęcie swojej dłoni w gumowej rękawiczce, w której trzymał za ogon martwego szczura, z pytaniem: „Mam go wyrzucić do śmieci czy spalić w ogrodzie?”. Nadeszła pora, by przyznać, że potrzebujemy pomocy.

W „Manii chomikowania” stanowi to punkt zwrotny. Eksperci od usuwania odpadów, uzyskawszy zgodę właściciela domu i we współpracy z zatroskanymi członkami rodziny, pozbywają się zużytych pieluch dla dorosłych, dziesięcioletniego bekonu i zdechłych jaszczurek. Bohater odcinka wreszcie dostrzega światełko w tunelu i pojawia się przed nim szansa, by coś zmienić. Uwielbiam ten moment, ponieważ program dowodzi, że (przynajmniej teoretycznie) wszystko można naprawić. Jakkolwiek źle by wyglądała nasza sytuacja, możemy powrócić do jakiejś wersji normalności, o ile tylko weźmiemy odpowiedzialność za ten bałagan, uprzątniemy go i stawimy czoło traumom, z których się zrodził.

My stawiliśmy czoło tylko właścicielowi domu, w którym mieszkaliśmy. To facet, który stwierdził pewnego razu, że nie stosował się do przepisów dotyczących wynajmu nieruchomości kilku odrębnym lokatorom, ponieważ zawsze sądził, że jesteśmy jedną rodziną, tzn. małżeństwem gejów z trójką adoptowanych dorosłych dzieci! Zmuszenie go, by za cokolwiek zapłacił, było prawdziwą mordegą.

W końcu jednak się ugiął. Na scenę wkroczył deratyzacyjny odpowiednik jednostki antyterrorystycznej i rychło odkrył źródło naszych kłopotów. Otóż dom zbudowano nad zamurowanym odcinkiem nieużywanych już kanałów ściekowych. Z upływem czasu budynek osiadł, a fragment ceglanego stropu pod nim zawalił się, otwierając BRAMĘ DO PIEKŁA połączoną bezpośrednio z naszymi ścianami. W miejsce każdego zabitego szczura pojawiały się dwa następne. Gdyby to był film akcji, nie pozostawałoby nic innego, jak ściągnąć Iron Mana, który załatwiłby sprawę głowicą atomową. W naszym przypadku zdecydowano się na półroczne prace murarskie. My zaś wyprowadziliśmy się.

Znaleźliśmy nowe domy, razem i osobno, uciekliśmy od tego koszmaru i próbowaliśmy o nim zapomnieć. Ponieważ zamieszkałem niedaleko, czasami przechodziłem tamtędy, uśmiechając się złośliwie na widok zabitych deskami okien i stojącego na podjeździe kontenera z połamanymi gipsowymi płytami. Ten dom był przeklęty! Prawdziwy hardcore. Oczywiście któregoś dnia deski zniknęły i w miejscu dawnego dworu Króla Szczurów pojawiły się dwa luksusowe mieszkania na wynajem. Ale jeśli lektura Stephena Kinga czegokolwiek mnie nauczyła, to tego, że nawet ekskluzywny hotel zbudowany na indiańskim cmentarzu szybko traci swą ekskluzywność. Zamożnym lokatorom, którzy się tam wprowadzili, życzę powodzenia w nieuchronnym starciu ze szczurami. Nie dajcie się!

Autor: @AlistairBohm