Dlaczego warto obejrzeć "Whitney Houston. Zawsze będę cię kochać"?

Ci z nas, którzy urodzili się w latach osiemdzięsiątych lub wcześniej, pamiętają burzliwy związek Whitney Houston i Bobby’ego Browna, zakończony krótkim reality show w 2005 roku, rozwodem w dwa lata później i przedwczesną śmiercią artystki w 2012 roku. A ponieważ już to wszystko wiemy, „Whitney” skupia się bardziej na tym, co było wcześniej, kiedy piosenkarka poznała Bobby'ego i przez pewien czas wszystko wyglądało nieźle. Dopiero potem dały o sobie znać trudności z pogodzeniem dwóch karier muzycznych i presja bezustannego zainteresowania ze strony opinii publicznej.

Zbuntowany wokalista rhythmandbluesowy Bobby Brown (gra go Arlen Escarpeta) po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę Whitney (Yaya DaCosta) podczas rozdania nagród Soul Train w 1989 roku – i to wtedy zaczyna się nasz film. Bobby zrazu potraktował ją dość obcesowo, ale najwyraźniej Whitney uznała to za wyzwanie, a nie za sugestię, by się odczepiła. Piosenkarkę urzekł jego taniec w „Every Little Step” – podobnie jak większość dziewcząt pod koniec lat osiemdziesiątych – nie można jej więc winić. Potem nastąpiły trzyletnie zaloty, na których cieniem położyły się takie kwestie jak to, że Bobby miał już dwójkę dzieci z poprzednich związków, Whitney czuła się za młoda na coś poważniejszego, Bobby wciąż miewał kłopoty z prawem, Whitney zbyt regularnie zaczęła sięgać po kokę – resztę nietrudno sobie dopisać.

Choć związek obu gwiazd zawsze wydawał się niezbyt stabilny, prawdziwe komplikacje pojawiły się, kiedy przyszło na świat ich pierwsze i jedyne dziecko. Whitney, która właśnie dzięki filmowi „Bodyguard” i ścieżce dźwiękowej do niego zyskała gigantyczną popularność, musiała wyruszyć w trasę, zanim na dobre doszła do siebie po porodzie. Bobby starał się być dobrym mężem, ograniczając własną aktywność estradową, by towarzyszyć żonie i odgrywać rolę „pana Houston”, ale nie ulegało wątpliwości, że na dłuższą metę nie zadowoli go tkwienie w cieniu Whitney. Podczas gdy ona była u szczytu sławy, jego kariera przygasła – czy można się dziwić, że w tej sytuacji podniosły swą szpetną głowę narkotyki, alkohol i niewierność?

Wszyscy znamy publiczne fakty o ich małżeństwie, ale „Whitney” pokazuje tę parę z większą dozą współczucia niż rozmaite doniesienia medialne. I nic dziwnego, albowiem jest to reżyserski debiut Angeli Bassett, która w 1995 roku zagrała wraz z Whitney w „Czekając na miłość”. Ale Bassett nieoczekiwanie skupia opowieść głównie na Bobbym, analizując jego motywację i określając Whitney w relacji do niego, co nieomal redukuje piosenkarkę do roli drugoplanowej postaci w filmie o niej samej. Tak czy owak to spojrzenie od wewnątrz – czy wręcz: kogoś wplątanego w przedstawiane wydarzenia – na zawirowania w życiu prywatnym jednej z najpopularniejszych artystek wszech czasów jest udaną próbą nadania ludzkiego wymiaru historii znanej dotąd przede wszystkim z tabloidów.